sobota, 17 lutego 2018

uwolnić się od tuszu

Zastanawiam się, od kiedy nie zależy mi na tym, co sobie ktoś o mnie pomyśli. To nie jest tak, że nie liczę się z ludzkim zdaniem. To nie jest to samo. Staram się żyć tak, aby nikomu nie szkodzić. Bo komu przeszkadza, że wychodzę z domu bez tuszu na rzęsach? Prawdopodobnie nikogo to nawet nie obchodzi, tak samo to, w jakich chodzę butach - na obcasach czy też na zupełnie płaskiej podeszwie. Jakie to ma znaczenie?

Ma. Nic na to nie poradzę, że ludzie oceniają się po wyglądzie i po zajęciu. To dość idiotyczne bo zdarzyło mi się robić wiele rzeczy i nigdy nie czułam się lepsza lub gorsza przez to co robię. Mówiłam sobie - ktoś to musi robić, taka praca i tyle. Ale kiedy byłam sprzątaczką, każdy, po prostu każdy uważał, że koniecznie musi mnie pouczać i pokazywać, że jest wyżej w hierarchii zawodowej. Mnie to nadal nie przeszkadzało bo czasem mogłam się pośmiać w środku, na przykład gdy przyglądałam się (świetnie zrobionej) prezentacji a nauczyciel spytał z powątpieniem - czy pani coś z tego rozumie?  Miałam odpowiedzieć - ależ skąd, przyglądam się tylko czy to się da umyć mopem. Ale tylko lekko się uśmiechnęłam i odpowiedziałam - troszeczkę. Bo po co miałam się popisywać, nie od tego tam byłam.
Tak samo z artystyczną instalacją przestrzenną zrobioną z miedzianych drutów - stwierdziłam, że jest bardzo wartościowa bo miedź jest droga.

Nie wstydzę się pytać jeśli czegoś nie wiem. Albo szybko szukać w internecie i przyznać - nie wiedziałam ale sprawdziłam.
Niedawno wyśmiała się ze mnie pielęgniarka bo chciałam zjechać na dół windą nie tą co trzeba. Ale cuda, no, naprawdę, jest o co napadać na człowieka. Nie wiedziałam, dla mnie winda jest windą i jej szerokość nie ma dla mnie znaczenia.
Ta szeroka jest dla personelu do zjeżdżania z łóżkami a tam jest zwykła, czy tego nie widać, to takie trudne? Ona była zdziwiona a ja zaskoczona, że też można się złościć o takie nic. Dodam, że nie zauważyłam żadnej informacji na ten temat, może była a może nie. Tak, wyglądam na zahukaną, zagubioną kobiecinę w starszym wieku i to pozwala ludziom na mnie krzyczeć.
Tylko ja się tym nie przejmuję. Nie obchodzi mnie to, nie odpyskuję. Uśmiecham się lub tylko patrzę a co sobie myśli pani pielęgniarka,  nie ma znaczenia.

Kiedy nauczyłam się nie przejmować tym,  co ludzie sobie o mnie pomyślą? Zabrzmi paradoksalnie - hejt blogerski mnie zahartował. Pewnego dnia zrozumiałam, że wszystkim nie dogodzę a martwiąc się i przejmując szkodzę wyłącznie sobie. Przekonałam się, że jeśli ktoś jest po mojej stronie to nie będzie mu przeszkadzał brak tuszu na moich rzęsach, nie będzie widział zmarszczek wokół oczu tylko powie, że lubi moje uśmiechnięte spojrzenie. I nie ma sensu starać się, aby wszyscy mnie lubili bo prawdę mówiąc i ja nie wszystkich lubię.
Dziś też Cię kocham.
Ps. nie maluję rzęs bo mi prawie wszystkie wypadły. To tak dla wyjaśnienia.


środa, 14 lutego 2018

miałam prawie proroczy sen

Dziś w nocy śniło mi się, że miałam jakiś dziwny czerwony bilet tramwajowy, nie krakowski,  i na nic się zdały moje tłumaczenia, że kupiłam go u kierowcy. Musiałam zapłacić mandat a wiedziałam, że mam na koncie 70 zł a w portmonetce ledwo 30. 
W południe pojechałam do siostry do szpitala i zaraz wracałam z powrotem do domu, w Krakowie panuje grypa i odwiedziny są mocno ograniczone.
Do autobusu mam kawałek a potem muszę się jeszcze przesiadać ale nie o to chodzi tylko o nieszczęsne bilety. Czasem pomagam ludziom obsługiwać te automaty bo są naprawdę różne i nie każdy musi od razu wiedzieć jak to urządzenie działa. U nas w wiejskim jest prosto idzie się do pana kierowcy daje 5 zł a pan daje bilet, który należy skasować. Czasem puszczą na naszą trasę pojazd bardziej nowoczesny, wtedy wrzuca się piątkę, naciska rysunek z napisem "wiocha zabita dechami", bilet wyskakuje i już. Mniej więcej.
A dziś wsiadam do 172, podchodzę do automatu a tam dziewczę śliczne walczy z bydlęciem. Wrzuca mu do pyska piątkę, bydlę wypluwa monetę a biletu nie drukuje, dziewczę wrzuca złotówkę, bydlę złośliwe wyrzuca złotówkę z powrotem. W końcu panienka zrezygnowała, odsunęła się i ja z miną "nie będzie mi tu automat rządził, milion biletów już kupiłam to i tu kupię" wrzuciłam piątaka. Piątka wyleciała a automat powiedział - spadaj, nie mam ochoty żeby mnie dotykała stara baba.  
To może dwójkę? Dwójki też nie chciał. I w tym momencie przypomniał mi się sen. Ojapiermandolę
zostało mi trzy dychy nawet na mandat nie mam, żaden kanar nie uwierzy że chciałam ten bilet kupić! Może trzeba potrzeć o metal, coś mi się skojarzyło że ktoś tak mówił.  No to trę o górę kasownika.
Kretynka. Mam nadzieję, że nikt nie nagrywał,  może nie puszczą tego na Youtube.
Jeszcze raz - rodzaj biletu, potwierdź, wrzuć pieniążek, wyjmij pieniążek z rynienki na bilet, nie gryź kasownika, nie bij pięścią automatu. 
I wreszcie zlitowała się nad nami dziewczynka i wskazała - tu trzeba zaznaczyć jaką monetę się wrzuca. Acha. Proste.
Boże, czuję się jakbym była niepełnosprawna intelektualnie - westchnęłam.
Dawniej mówili na to niedorozwinięta umysłowo! - stwierdziła dziewczyna która również nie potrafiła kupić biletu i obydwie śmiałyśmy się na głos jak najlepsze kumpele.